Od kocyka do coverovera – krótka historia wynalazku

To był dzień jak ten. Pamiętam. Można by rzec, że właśnie mija dziś 4 rocznica wynalezienia coverovera. A jak to było? O tym już niedługo. Dziś tylko zdjęcie pierwszego prototypowego modelu na naszej małej wtedy córci – przyczyny i inspiracji jego powstania. Jak ten czas leci…

Polarino -lepsze od spiwora

Moje imię Potrzeba – czyli jak zostałam matką wynalazku

 

Jestem mamą. Mamą czwórki dzieci i … jednego wynalazku. Właśnie mija 4 lata od chwili, która zadecydowała o jego powstaniu. A było to tak:

Wrzesień nadszedł jak zwykle za szybko.  Początek roku szkolnego powodował podwyższony stan nerwowości w rodzinie. Wystarczyło zajrzeć do kalendarza upstrzonego nakładającymi się na siebie terminami różnych spraw dotyczących każdego z członków rodziny, by popaść w lekką histerię. Jak to wszystko pogodzić i być kilku miejscach jednocześnie? Rozpoczęcie roku szkolnego w szkole, zapisy na zajęcie dodatkowe w klubiku dla maluchów, rozpoczęcie roku szkolnego w szkole muzycznej, potem zebrania rodziców w każdym z tych miejsc i wszystkie w środę o 17.30. Po prostu rozkosz! Jedno dziecko zaprowadzić, drugie odebrać, trzecie zająć zabawą w parku, czwarte… donosić spokojnie do rozwiązania. Przemieszczanie się z małą w spacerówce po mieście osiągnęło już prawie tempo joggingu mimo sporego już brzuszka. Po drodze zawsze jeszcze trzeba coś kupić, iść na pocztę, lub do pralni, więc wychodzi w sumie kilka godzin na powietrzu z wózkiem.

Kiedy po raz kolejny córcia wykopała mi kocyk pod koła, tak że omal się nie wywróciłam, zagotowało się we mnie. Kiedy wróciłam do domu wykrzyczałam mężowi swoją złość.

–  Szału zaraz dostanę z tym dzieciakiem! Co chwila wyrzuca mi koc z wózka, a zimno jak cholera! Trochę padało koło południa, teraz niby słońce, ale mokro, w parku błoto i ja w szóstym miesiącu ciąży co chwila muszę robić przysiady, żeby ten zabłocony koc wyciągnąć z kałuży i jakoś ją okryć, jak już się da usadzić w wózku.

Nie wsadzę jej przecież w śpiwór we wrześniu! Z tym błotem na butach? Przecież cały zaraz będzie brudny. Jak wychodziłyśmy o trzeciej było w słońcu 20 stopni, więc nikt o zdrowych zmysłach w takich warunkach nie ma przy sobie śpiwora, a teraz o szóstej, kiedy słońce właśnie zachodzi może jest z 9 stopni, a i wiaterek nielekki. Zimno. Okrywanie kocem ramion jest bezskuteczne, bo rączki zaraz go ściągają. Unieruchomienie nóżek i rączek i zawinięcie TEGO dziecka w kokon w ogóle nie wchodzi w grę. A przecież muszę ją jakoś okryć, bo jak taka rozgrzana po zabawie usiądzie w zimnym wózku i jeszcze ją owieje, jak będę pędzić do domu, to zapalenie oskrzeli murowane.

Śpiwór okazał się po pierwsze za mały, a nie miałam zamiaru wydawać pieniędzy na kolejny wiedząc, że zimy ostatnio lekkie, a na narty w tym roku się nie wybierzemy, bo nowy potomek będzie za mały na takie rozkosze. Po drugie nadal w dzień temperatura osiągała około 20 stopni w słońcu, więc mała natychmiast by się przegrzała. Poza tym już w zeszłym roku wykopywała pokrywę przed siebie, odkrywając się całkowicie, więc teraz, gdy jest większa i nauczyła się już chodzić pewnie będzie robić to samo.

Musi być jakiś sposób:

+ aby kocyk nie spadał w błoto; abym w ciąży nie musiała się po niego schylać co 20m;

+ aby dziecko miało okryte ramiona przed działaniem chłodu;

+ aby zabłocone buty nie brudziły wnętrza śpiwora; aby dziecko nie wykopywało mi pokrywy śpiwora przed siebie i nie wrzucało jej w błoto chcąc się wydostać z wózka;

+ abym nie musiała dziecka co chwila wkładać do śpiwora od góry i za chwilę z niego wyciągać; abym nie musiała jej dźwigać w ciąży; aby dziecko mogło samo wysiąść i wsiąść do ocieplacza;

Przeszukiwanie Internetu w poszukiwaniu odpowiedniego okrycia zajęło mi jakieś 4 dni, które i tak spędziłam w domu, bo mała się przeziębiła. Zgodnie zresztą z oczekiwaniami, bo różnice temperatur pomiędzy cieniem i słońcem są teraz dość duże, a do tego dochodzi jeszcze wiatr, którego silne powiewy zaskakują na rogach ulic i pomiędzy blokami osiedla w drodze do szkoły. Kiedy rozgrzana po zabawach w parku usiadła do wychłodzonego wózka, najpewniej zawiało ją, gdy po raz kolejny pozbyła się kocyka i wyrzuciła w kałużę przy krawężniku.

Musi coś być. No musi, przecież tyle już rzeczy wymyślono dla dzieci, powtarzałam sobie przeglądając wszystkie wersje językowe amazona, e-baya i nasze allegro. Jak tam nie ma, to znaczy, że nie istnieje. Są śpiwory w różnych rozmiarach, otulacze przypominające niemowlęcy rożek i koce z rzepami do przypinania do pasów. To wszystko nie to, czego szukam.

To musi być coś co okrywa, ale nie krępuje ruchów, coś co… MOŻNA ZAŁOŻYĆ PRZEZ GŁOWĘ!!! Wtedy i plecy zakryję i przód. I na pewno tego z siebie nie zrzuci!! Tak, to musi być coś jak koc z dziurami na głowę i na pasy…

Kupiłam kawał polaru i sama krzywo i niezbyt umiejętnie uszyłam na małej maszynie do szycia okrycie, które spełniałoby moje wymagania. Przypominało to poncho z dziurami na pasy od wózka.

Sprawdziło się idealnie. Kiedy wychodziło słońce – odkrywałam małą i zwijałam wierzchnią część za oparcie, kiedy robiło się zimno, przerzucałam przez głowę, spinałam suwakami po bokach i miałam pewność, że koc nie wkręci się w koła, a dziecko nie jest skrępowane, ale jest mu ciepło. Odzyskałam spokój, radość ze spaceru, pewność, że dziecko się nie przeziębi i już nie musiałam z brzuszkiem kucać na spacerach co dwadzieścia metrów.

Zaskoczeniem ogromnym było dla mnie to, że jedna z pań w parku poprosiła mnie, bym dla jej synka uszyła takie samo, bo ona ma ten sam problem. Nie może dziecka jesienią skutecznie okryć przed chłodem, bo kocyki po prostu wyrzuca z wózka. Uszyłam. Tylko tym razem poprosiłam o pomoc krawcową.

Potem zimą okazało się, że ten kocyk z dziurami idealnie sprawdza się na sankach, bo można nim dziecko okryć i pod plecy i na wierzch, a buty oblepione śniegiem zostają na zewnątrz.

Latem wyjeżdżamy z dziećmi z miasta i bardzo lubimy rowery. Córcia uwielbia jazdę w foteliku, ale po 15-stu minutach zasypia. Nasz dziurawy kocyk sprawdzał się jako osłona małej przed wychłodzeniem podczas drzemek w foteliku rowerowym. Miałam gwarancję, że się nie przeziębi i że kocyk nie spadnie pod koła roweru podczas jazdy.

Kiedy urodził się nasz czwarty potomek dość szybko przesiadł się do spacerówki-parasolki, bo już w wieku 8 m-cy  i oczywiście korzystał z prototypu coverovera. Wtedy okazało się, że dla takiego malca, który często jeszcze zasypia podczas moich wędrówek z wózkiem po okolicy, przydałaby się osłona na nóżki, żeby nie podwiewało od przodu podczas szybkiego marszu. A, i fajnie by było żeby to nie przemakało. Ciągle zapominam zabrać folię do wózka, a deszcz potrafi zaskoczyć w najmniej odpowiednim momencie.

Kilka osób namawiało mnie, bym to okrycie opatentowała i sprzedawała, bo naprawdę to świetny pomysł. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam poważnie o tym wynalazku. No i musiałam wymyślić dla niego jakąś nazwę. Wiele osób, które w jakiś sposób mi doradzały przy projektowaniu, wciąż myślami wpadało w utarte schematy i nie mogło zrozumieć, dlaczego upieram się, że to ma być coś jak koc i że ma się rozkładać na płasko.

Tak, to była moja idee fix – to ma być jak koc – wielofunkcyjny ale koc, który będzie mały, nie za gruby i będzie go można łatwo zwinąć. Ma być też przydatny podczas postoju, do przewinięcia dziecka na trawie, do tego by usiąść na tym i coś zjeść albo odpocząć. Ma być płaskie! Odpadały więc wszystkie marszczenia, wybrzuszenia i zakładki, które są często w śpiworach, a musiała być jakaś osłona na nóżki.

W końcu udało się wymyślić, jak zrobić kieszeń na nóżki, żeby nie zajmowała dużo miejsca i dawała się wywijać. Przestało to być po prostu poncho z dziurami, więc szukałam jakiejś nazwy, która najbliżej opisuje, co to jest. Kiedy wkładałam dziecku pulower, zdałam sobie sprawę, że to jest angielskie ‘pull over’ czyli ‘pull over the head’ – ściągnij przez głowę. Moje okrycie ma ‘okrywać przez głowę’ czyli ‘cover over the head’. Mama nazwę! Coverover! Bo okrywa, bo przez głowę, i w dodatku ‘over all (body)’ – czyli okrywa całe ciało. Tak, to będzie nazywało się coverover. I w dodatku ma w środku „rower”, czyli dobrze się kojarzy z rowerami. Bingo!

Rozpoczęłam też poszukiwania odpowiednich tkanin. Najpierw znalazłam fantastyczną tkaninę ekologiczną w Portugalii – bawełna połączona z membraną przeciwdeszczową. Tkanina bawełniana super, bo miła w dotyku, naturalna ale nieprzemakalna. Miała tylko tę wadę, że kolory były takie raczej dla dorosłych: czarny i limonka. Potem znalazłam softshelle i w tej wersji powstało kilka modeli, które świetnie sprawdzały się w wózku. Na rowerze jednak brakowało kaptura, który by chronił przed deszczem. I to takiego, który zmieści się na kask.

Nadal szukałam ładnych tkanin w dziecięcej kolorystyce. W końcu znalazłam. W Hiszpanii. I oto w ostatniej wersji Coverover w ciekawej dziecięcej kolorystyce i w tej wersji pojawił się już ukryty kaptur.

 

W tej oto formie pierwotny kocyk z dziurami stał się uniwersalnym okryciem dla dziecka do każdego rodzaju środka transportu i na każdą pogodę. Zamiast kocyka pod plecy, kocyka na wierzch, folii do wózka, peleryny na rower miałam jedną rzecz. Małą i niezwykle funkcjonalną. Przy pakowaniu na wakacje, gdy każdy centymetr w bagażu się liczy – jedna rzecz, ale wielofunkcyjna jest nie do przecenienia.

 

Jeśli jesteś już mamą i wiesz, że będziesz miała więcej dzieci, wiedz, że coverover jest właśnie dla ciebie. Uwolni cię od wielu niedogodności podczas spacerów z dzieckiem podczas wakacyjnych wypraw, podczas joggingu czy wypraw rowerowych i będzie ci służył przez wiele lat.